Jak napisać książkę i nie zwariować

Kojarzycie ten cytat: „Sí, sabes que ya llevo un rato mirándote…?” Nam wbił się on tak do głów, że wystarczą piersze dwa, trzy rytmy i z miejsca uruchamia się cały zbiór wspomnień….
Czerwcowy upał w pracowni, zapach żelu do usuwania powłok, świeżo ciętego drewna, farb i wosków…. Rozgrzane pistolety do klejenia na gorąco, kolorowe tkaniny, szablony, bejce, wiertarki, piły, szlifierki…. A do tego baniaki wypitej wody, z pół kilograma kawy, nawet nie próbujemy zliczyć, ile ciastek i czekolad, którymi ratowałyśmy się, gdy spadała energia. O pozdzieranych paznokciach, siniakach, zadrapaniach już nie wspomnimy…
Pierwszy wers Despacito, hiciora tegorocznych wakacji przez trzy tygodnie pracy nad projektami do naszej książki był absolutnym numerem „1” w Radiu Eska. A, że tylko tę stację odbierała stara wieża w naszej pracowni, to chcąc nie chcąc już zawsze kawałek Fonsiego i Daddy Yaknee będzie nam się kojarzyć z pracą nad naszym poradnikiem.

#subesubesube

Ile czasu potrzeba?

Musiałyśmy się streszczać, bo żadna z nas nie mogła sobie pozwolić na więcej niż trzy tygodnie urlopu, a termin na oddanie materiału był naprawdę krótki. Aby jakoś podołać z pracami trzeba było zakasać rękawy, odpuścić sobie widywanie rodziny, znajomych i takie drobnostki jak sen czy regularne posiłki. Darowałyśmy sobie też porządki w pracowni, przez co już po kilku dniach przestrzeń robocza została kompletnie zagruzowana.

Praca wre, a przy okazji pracownia coraz bardziej się zagraca...

Praca wre, a przy okazji pracownia coraz bardziej się zagraca…

O czym właściwie jest ta książka?

No o czym? O majsterkowaniu, zrób to sam i DIY! Czyli o tym, co nas kręci. Każda z nas pokazała to, co najbardziej lubi robić, co sprawia jej największą frajdę. Także tak jak my trzy jesteśmy różne, tak i nasze projekty, które pokazujemy w książce się od siebie różnią.
Niewątpliwie jest to jedna z największych przygód w naszym życiu. Własna książka! Nie ukrywamy było to jedno z naszych marzeń, ale nie liczyłyśmy, że ziści się aż tak szybko. Wszyscy nas teraz pytają skąd taki pomysł, czy długo szukałyśmy wydawcy, czy długo pisałyśmy naszą książkę, czy musiałyśmy zapłacić za jej wydanie… 

Używanie opalarki przy 30 stopniowych upałach to męka

Używanie opalarki przy 30 stopniowych upałach to męka

Jak to zazwyczaj bywa pod koniec zeszłego roku zaczęłyśmy podsumowywać to co udało nam się osiągnąć przez te kilka lat wspólnego dłubania… i zaczęłyśmy snuć plany o tym, co chciałybyśmy zrealizować w następnej kolejności. Musicie uwierzyć nam na słowo, ale zazwyczaj są to najbardziej burzliwe obrady w naszym wykonaniu, bo planów jest co nie miara, ale trzeba im nadać jakiś właściwy porządek. Podsumowując, jednym z pomysłów było wydanie książki. No i tu zaczęła się cała przygoda!

Basia i Sylwia ksiazka Majsterki

Basia i Sylwia – praca wre

Jak zaplanowałyśmy wydanie naszej książki?

Mamy takie projekty, gdzie od pomysłu do realizacji mijały lata (zerknijcie na projekt stolika z walizy, to idealny przykład). Z książką zdecydowanie nie chciałyśmy tyle czekać. Tylko od czego zacząć?
Najpierw trzeba wiedzieć, o czym się chce pisać. Szybko powstał plan, który chciałyśmy przedstawić potencjalnemu wydawcy. Ale trafił on na kilka miesięcy na półkę pod tytułem: zajmiemy się tym jak będzie więcej wolnego czasu…

Tyle że, jak to w życiu bywa, wcale nie udało się poczekać na wolną chwilę. Bo niespodziewanie pojawiły się dwie propozycje od wydawców. Alicja właśnie kończyła urlop macierzyński, więc zaczął się dla niej trudny moment łączenia pracy i wychowania Leona. Basia po latach w tej samej redakcji zmieniała pracę. Jakby tego było mało, właśnie kończyłyśmy nową wersję strony i same jej testy oraz migracja danych była niezłym wyzwaniem. Do tego zaplanowane już warsztaty, kolejne meble na magazynku i plany większych remontów. A tu jeszcze książka. Kolejna klasyczna „koza”!

Co gorsza, okazało się że, aby zdążyć z jej wydawniem na najgorętszy moment ne rynku, czyli szał listopadowo-grudniowy przed Bożym Narodzeniem, to musimy cały materiał oddać wydawcy do 15 lipca. A umowę podpisałyśmy na początku maja…. MASAKRYCZNIE mało czasu. Zdążymy? Nie ma szans! A jednak….

Na czym polegała nasza praca?

30 projektów do zrobienia od początku. Od małych, drewnianych czy betonowych gadżetów po skomplikowane renowacje. Plus zdjęcia z pracy nad nimi i choćby małe, ale jednak sesje fotograficzne gotowych „dzieł” w stylizacjach. Do tego opisy wszystkich projektów krok po kroku i anegdotki. Wierzcie nam, nie tak łatwo jest wybrać historie o majsterkowaniu, majsterkowej pasji, żeby jeszcze choć trochę kogoś zainspirowały lub rozśmieszyły (dajcie znać czy się choć trochę nam się udało).
Książka zawiera także opisy rozdziałów i porady, takie z wiedzą bardzo praktyczną: co wybrać, jak korzystać z narzędzi, co jest najważniejsze przy pracy z drewnem, MDF’em czy materiałami do upcyclingu. Czyli takie małe kompendium wiedzy, jaką zdobyłyśmy przez te lata i odpowiedź na najczęściej zadawane przez Was pytania.

Przebieralnia, make-upownia i "stoisko fryzjerskie" - wszystko mieściło się na korytarzu

Przebieralnia, make-upownia i „stoisko fryzjerskie” – wszystko mieściło się na korytarzu

Młotek, wiertarka i szminka, czyli sesja „glamour”

Gdyby na projektach skończyć, byłoby całkiem spoko, ale wydawca się uparł, że książka ma mieć ludzką twarz, czyli naszą – Majsterkową. Więc czekała nas jeszcze sesja zdjęciowa z nami w roli głównej, a to, jak się dowiedziałyśmy, nie ma opcji w pół dnia machnąć, tylko dwa pełne dni fotografowania od rana do wieczoru, nie ma zmiłuj! I powiemy szczerze, my to jednak wolimy jeszcze raz te 30 projektów zrobić niż stać nieruchomo przed aparatem przez dwa dni. Wielki szacun dla dziewczyn, które na niebotycznie wysokich szpilkach są to w stanie robić latami.

Może gdyby to wszystko rozłożyć na te dwa i pół miesiąca to nie było by tak ciężko, ale zapomnijmy! Żadna z nas nie mogła zniknąć na taki czas z pracy i domu. Trzy tygodnie urlopu na robienie projektów do książki i basta!

alicja-sesja-majsterki

I prawie nam się udało. Znaczy z deadlinem wygrałyśmy i wszytsko oddałyśmy na czas. Ale jednak nie wszystko zrobiłyśmy w 21 dni. Po 3 tygodniach miałyśmy gotowe 23 projekty i dwa kolejne w części zrobione. Były też zrobione końcowe sesje 15 z nich i napisane około połowy tekstów. Całe szczęście, że pracowałyśmy latem, jak dzień jest jeszcze długi i fotki można było pstrykać niemalże cały czas.

Potrzebowałyśmy kolejnych kilku dni by skończyć renowacje, cięcia, gięcia i zrobić końcowe zdjęcia reszty prac. I tak spędzałyśmy letnie weekendy w naszej pracowni, albo w domu, bo niektóre sesje, jak widać na poniższym zdjęciu, robiłyśmy w kawalerce z pomocnikiem w postaci psa ;-)

Po godzinach, na lotniskach i dworcach, czekajac na samoloty i pociągi, w tramwajach, jak tylko było miejsce siedzące, wstając razem z kurami o bladym świcie skończyłyśmy też pisanie. I uff…, w połowie lipca wydawca dostał cały obiecany materiał!

No, ale nie udało by nam się bez pomocy. Przede wszystkim uratowała nas nasza współlokatorka Julka Gaudyn z LofLov, która jest autorką dużej części zdjęć. Pomagała nam też przy aranżacjach, co jest wręcz nieocenione. No i nasze rodziny, które zniosły wiele, aby przynajmniej logistykę dnia codziennego zdjąć z naszych ramion.

A my? Mogłyśmy wreszcie zaliczyć załużone wakacje!

Tia, jasne, yhm…. przecież urlopy w pracy już wzięłyśmy, więc nie ma to tamto. Nie szkodzi, że lato, że wszyscy na plażach, zdjęciami z wakacji szczuli za instagramach i fejsach. Trzeba było wrócić do codziennej pracy i to wcale nie „despacito” tylko „lo rápido posible” !

Może i tempo pracy nad książką było zabójcze, ale z co najmniej kilku projektów jesteśmy naprawdę dumne! Może i dałoby radę zrobić je lepiej, napisać coś zabawniej, pokazać więcej technik. Ale ile się przy tym nauczyłyśmy, to nasze!
To, że robiłyśmy ją w dosyć zawrotnym tempie, że powstawał średnio jeden (z kawałeczkiem) projekt dziennie pokazuje, że naprawdę: da się!
Że, nawet jak ktoś nam mówi: nie mam czasu, nie umiem, nie ma talentu, to mamy dowód: TO NIE JEST PRAWDA! Majsterkowanie to nie jest śpiew operowy ani malarstwo flamandzkie, ręki Boga tu nie trzeba. Wszystko co pokazujemy w książce jest do zrobienia. Co najwyżej potrzebna jest piosenka przewodnia, dwie kumpele i kawa. Dużo kawy! :-)

Sylwia testuje miękkość gąbki tapicerskiej ;-)

Sylwia testuje miękkość gąbki tapicerskiej ;-)

Książka dosłownie za chwilkę będzie na półkach księgarni. Można ją już teraz w przedsprzedaży zamawiać. Przypominamy w Empiku jest w promocyjnej cenie! Teraz więc powolutku wypatrujemy waszych opinii i recenzji!
Wasze M.

PS. Po wszystkim (czyli po całym wariactwie związanym z jej promowaniem) na pewno opiszemy Wam dokładniej kwestie praktycze i podsumujemy nasze doświadczenie z rynkiem wydawniczym. Warto będzie coś takiego napisać, bo już teraz mamy sporo refleksji. Ale jeżeli myślicie o wydaniu książki i macie w związku z tym pytania to piszcie do nas. Postaramy się Wam choć trochę pomóc!