Boazeria – nie zrywaj, pomaluj!

Malowanie boazerii   zdjęcie przed i po

Królewstwo boazerii

Przedpokój z drewnianą boazerią. Zrywać czy przemalować?

Cały korytarz w drewnie. Znacie to? Boazerie zaczęły królować w polskich mieszkaniach w PRL-u. Były próbą ocieplenia wnętrza, stworzenia w nich rustykalnego klimatu rodem z góralskiej chaty –  tyle że zazwyczaj mało udanym. A przynajmniej tak o nich myślimy po latach.

Boazeria angielska czy styl góralski

Moda na „drewniane ściany” powraca, ale dziś są to już częściej boazerie angielskie. Eleganckie, sięgające tylko połowy, czy 2/3 ściany i zazwyczaj białe albo w kolorze – czy to pastelowym czy głębszym, ciemniejszym. Naturalny kolor drewna jest tam rzadkością.

Nad Wisłą zaś domorośli dekoratorzy wnętrz mając znacznie bardziej ograniczony dostęp do materiałów poszli w wykładanie drewnem całych pomieszczeń – często także sufitów. Do tego wybierano najczęściej sosnę, czyli najpopularniejsze i najtańsze drewno w Polsce.

Sosna, ma jednak tendencję do tego by żółknąć. Tak więc całe przedpokoje, czy czasem także pokoje i kuchnie stawały się z biegiem lat żółtawymi klitkami, którym daleko od  eleganckich, przytulnych wnętrz wyspiarzy.

Tak włąśnie wyglądał przedpokój w mieszkaniu rodziców Sylwii. Jej tata na początku lat 90. samodzielnie wyłożył go boazerią, bo jak twierdził: chciał by długi i wysoki korytarz w przedwojennym budynku stał się bardziej przytulny.

Starań było rzeczywiście sporo, polakierował ją w tamtych czasach, nowinką na polskim rynku: szybko schnącym, satynowym lakierem wodnym.
Ale, no cóż, pomysł na drewniane ściany szybko się zestarzał i zamiast ocieplać, tylko straszył.

 

Czas na remont!

Przy okazji generalnego remontu w starym bloku trzeba było podjąć decyzję, co z nieszczęsną boazerią. Nie ma co ukrywać, remont i tak był sporym logistycznym oraz finansowym wyzwaniem, więc w ramach ograniczanie kosztów decyzja o zrywaniu drewna była jednak trudna.

Pod boazerią przykręcaną do ścian bardzo możliwe, że nie byłoby tynków i trzeba byłoby całość robić niemalże od początku. Stąd wziął się pomysł: nie zrywamy, malujemy!

Od czego zacząć?

W pierwszej kolejności – jak zawsze – trzeba drewno przygotować. Jako, że było lakierowane, zaczęłyśmy od dokładnego przeszlifowania. Na dwie szlifierki (oscylacyjną i kątową) i dwie pary rąk całość tej pracy zajęła półtorej godziny.
Na koniec drewno trzeba było dokładnie umyć wodą z płynem do mycia naczyń.

Biało, aż za biało

Jaki kolor wybrać, by było jaśniej i przytulniej? Biały czy może jasna szałwia, która chodziła nam od początku po głowie? Wszyscy radzili: zróbcie klasyczny biały kolor. I tak też zdecydowałyśmy.

Do malowania używaliśmy wałków z włosiem do farb wodnych. I od razu możemy wam podpowiedzieć: najlepiej sprawdza się taki o średniej wielkości.

Malowanie korytarza o długości 3,5 metra i wysokości 2,7 metra szło znacznie szybciej niż sie spodziewałyśmy. Znowu na dwie pary rąk wystarczyły dwie godziny.

Tyle, że całość prac trzeba było poprawić i położyć w odstępie 1-2 dni kolejną warstwę.

Boazeria nie tylko na biało

Niestety po drugiej warstwie białego efekt był nieciekawy. Długi, wysoki korytarz, z ciemnymi drzwiami wejściowymi, do pokojów i łazienkowymi (nie było szans na wymianę, a i malowanie drzwi z MDF to wyzwanie karkołomne) wyglądał źle. Za biało, tak jasno jak w szpitalu.

Wybór więc padł na odcień szałwiowy

Długo się więc nie zastanawiałyśmy i postanowiłyśmy poszaleć z kolorem. No może bez przesady z tym kolorem, bo padło na pastelową, jasną zieleń.

Po tym, jak już pomalowałyśmy drewno białymi farbami byłyśmy bogatsze o wiedzę dotyczącą ilości niezbędnej farby i techniki malowania. I z kolejnymi warstwami szło więc trochę sprawniej. Aby uzyskać chłodny, jasnozielony odcień z nutką szarości użyłyśmy jako farby bazowej akrylowej białej satynowej farby do drewna i metalu. Do jej zabarwienia zwykłego barwnika z marketu budowlanego o odcieniu oliwkowym. Najlepiej od razu wymieszać całość farby i barwniki ze sobą, żeby nie dorabiać gdy koloru zabraknie. Trudno wtedy trafić w odcień, który powstał na początku.

Dwa kolejne malowania już pojedynczo (pomocnik stracił zapał) zajęły około 4 godzin. Szybciej niż białą farbą, bo ta – szczęście w nieszczęściu – po prostu zadziałała jak podkład. Dodatek barwnika ładnie też zmatowił mieszankę i sprawił, że schła szybciej niż sama biała farba. Konieczne było jednak trzecie podejście.Zwłaszcza w zagłębieniach.

Planowałyśmy na koniec jeszcze całość polakierować by zabezpieczyć farby. Ale po pierwsze już samo malowanie nieźle dało nam w kość, a po drugie okazało się, że cztery warstwy farb świetnie trzymają się same.

Drzwi z witrażem

Samo przemalowanie boazerii to za mało. Nie wystarczyło zrobienie nowego podwieszanego sufitu i i wymiana podłogi. By całość zaczęła lepiej wyglądać trzeba było zrobić coś z tymi ciemnymi drzwiami… Wymiana i malowanie nie wchodziły w grę, zwłaszcza że cała rodzina była przywiązana – zwłaszcza do kuchennych drzwi z ozdobnymi witrażami. O pilnowaniu remontowego budżetu nie wspominając. Zamiast tego postanowiłyśmy drzwi… wyeksponować, dodając kolejne ciemne, wyraziste dodatki.

Wieszak DIY

Wystarczy drewno i kilka fikuśnych wieszaków i gałek

Przedpokój musi mieć fajny wieszak. Ten nasz to było dosłownie 15 minut roboty. Kawałek tarcicy z marketu budowlanego (2-metrowa kosztuje ok 9 złotych) który walał się po pracowni wystarczyło postarzyć opalarką i zawoskować woskiem w odcieniu “ciemny dąb”. Następnie nawierciłyśmy w niej otwory pod gałki i haczyki. Każdy z “innej parafii”. Białe listki to H&M Home kupione na wyprzedaży, za bodajże 5 złotych, haczyk w grochy pochodzi ze sklepu Regałka, dwie ozdobne zielone gałki w klimacie Art Deco przyjechały aż z SoHo w Nowym Yorku. Najciekawsza jest historia tej drewnianej brązowej. Jednak by ją poznać musicie zajrzeć do naszej książki ;-)
Wystarczyło dołożyć dwie zawieszki z tyłu i wieszak gotowy.

Ramki na ścianę

Im więcej, tym lepiej

Takie jasno zielone ściany boazerii aż prosiły się o przełamanie i trochę szaleństwa. Stąd oczywiste było, że trzeba na nich zrobić kolorową galerię. Trafiły na nią i rodzinne zdjęcia w ozdobnych ramach i obrazek z komisu meblowego za 20 zł i lustro w odnowionej naprędce ramie, kupionej na pobliskim bazarku za 5 złotych, ale także świetny obraz od Karoliny z bloga Hokus Pokus. Idealnie nam się wpasował. Koniecznie zerknijcie do Karoliny bo dziewczyna maluje więcej takich cud i można je od niej kupić.

Jeszcze więcej ramek

Doszła jeszcze klasyczna, ciemno-brązowa szafka na buty z IKEI, delikatny chodniczek, trochę kwiatów i…. Kto by pomyślał, że było tu niedawno niczym w drewnianej chacie myśliwego.

To oczywiście jeszcze nie koniec prac, bo do przedpokoju przyda się jakieś wygodne ławka do siadania i marzy nam się też konsolka nad grzejnik. Ale na spokojnie, po kolei wszystko na pewno znajdziemy lub zrobimy.

Ile to kosztuje?

Podsumowanie akcji!

No dobra czas na podsumowanie całej tej akcji: malowanie boazerii.

Potrzebne narzędzia i materiały:

  • Szlifierka elektryczna. Najlepiej kątowa
  • Średniej wielkości wałek malarski i pędzelki cieniutki (2) i grubszy (4-5)
  • Taśma malarska
  • Farby do drewna. 1 litr akryli wystarcza na 8 m kwadratowych podwójnego malowania
  • Papier ścierny 100
  • Dobra muzyka i sporo cierpliwości ;-)

Miętowy przedpokój

Malowanie boazerii jest i prostsze i zarazem trudniejsze niż myślałyśmy. Technicznie nie jest to za bardzo wymagające. Wystarczy mieć dobrze dobrany wałek, malować cienko z dołu do góry. Jeżeli gdzieś zrobi się zaciek i zaschnie, to zawsze można go zeszlifoać kawałkiem papieru ściernego.

Ale mimo wszystko jest to też dosyć trudne zadanie. Boazeria jest mniej wdzięczna do malowania niż ściany. Wymaga więcej pracy z uwagi na konieczność przygotowania podłoża i zagłębienia, które trzeba porządnie pomalować.

Czy znowu byśmy zdecydowały się na malowanie? Stanowczo tak. Po pierwsze pamiętajcie –  my to lubimy. Owszem ręce mogą boleć, ale odpoczywa głowa. Po drugie wyszło o wiele taniej niż gdyby przyszło nam zrywać drewno i robić ściany od nowa.

Koszt całej operacji malarskiej (wliczając tak białe, jak i zielone malowanie) zamknął się w 350 złotych.

Boazeria w nowym wydaniu

Jednak zanim sami zabierzecie się za taki remont pamiętacie to wymaga sporo pracy. U nas było pełne dwie dniówki, rozłożone na sześć podejść, razem z oklejaniem, zabezpieczeniem i sprzątaniem.

Ale warto było!

UWAGA BĘDĄ NAGRODY :)

Jeśli macie problematyczne mieszkanie, z boazerią, starymi kaloryferami, nierówną podłogą, wystającymi rurami, grzybem na suficie i innymi „fakapami” – piszcie do nas. Postaramy się coś doradzić i pomóc.

Pamiętajcie też, że cały czas czekamy na zdjęcia prawdziwych domów Polaków, ze stylistyczną mieszanką mebli z epoki Gierka, perskich dywanów, komód z Ikei czy meblościanek. Bawicie się w taki wnętrzarski eklektyzm? Uprawiacie „Bodzio-hacking„? Podeślijcie nam zdjęcia! Pochwalcie się, jak łączycie nowe trendy ze starymi, tak charakterystycznymi dla domów z naszego dzieciństwa elementami. Piszcie do nas na Fejsie, albo na majsterki@majsterki.pl. Dla najlepszych już szykujemy nagrody. Stay tuned!

Wasze M.

0 Udostępnij